Czym właściwie jest lemonish?
Nie lemoniada, nie sok, nie drink. Krótka historia napoju, który w Chorwacji stoi na każdym stole i którego nikt nie potrafi porządnie nazwać.
Pierwszy raz usłyszałam to słowo w knajpce na obrzeżach Trogiru. Zamówiłam „coś zimnego, byle nie colę”, a chłopak za barem — miał może dwadzieścia lat i zdecydowanie lepszy humor niż ja po czterech godzinach w autokarze — powiedział tylko: „lemonish?“. I zanim zdążyłam zapytać, co to znaczy, postawił przede mną wysoką szklankę, w której pływały trzy plastry cytryny, gałązka rozmarynu i tyle lodu, że aż zabolały mnie zęby.
To nie była lemoniada. Lemoniada jest słodka i grzeczna. To było coś kwaśniejszego, bardziej słonego w posmaku, z wyraźną nutą czegoś ziołowego, czego nie umiałam wtedy nazwać.
Skąd ta nazwa
Krótka i niezbyt romantyczna odpowiedź: nie wiadomo. „Lemonish” to prawdopodobnie zniekształcone angielskie lemonish — „takie cytrynowate” — którym w latach dziewięćdziesiątych barmani na wybrzeżu tłumaczyli turystom, co im właśnie podają. Nazwa się przykleiła. Dziś w Splicie zamawia się lemonish zupełnie serio, a w karcie bywa wpisany obok piwa i wina.
Dłuższa odpowiedź jest ciekawsza. Podstawa — cytryna, woda, odrobina cukru — jest w Dalmacji stara jak same cytrynowe sady. Nowe jest to, co się do niej dorzuca: szczypta soli morskiej, zioła z ogródka, czasem łyżka miodu z lawendy. Każdy dom robi to trochę inaczej i każdy dom uważa, że robi to poprawnie.
Cztery rzeczy, które robią różnicę
- Sól. Dosłownie szczypta. Nie poczujesz jej jako słonej, ale bez niej całość jest płaska — dokładnie tak, jak niedoprawiona zupa.
- Zioło. Rozmaryn to klasyk, ale w głębi lądu spotkasz szałwię, a na Hvarze — lawendę. Zawsze świeże, zawsze zgniecione w dłoni przed wrzuceniem.
- Temperatura. Lemonish pije się zimny do bólu. Nie „schłodzony”. Zimny.
- Cierpliwość. Dwadzieścia minut w lodówce, zanim nalejesz. To nie jest napój, który się improwizuje w trzy minuty, choć wszyscy udają, że tak.
Najlepszy lemonish, jaki piłam, kosztował dwa euro i został podany w słoiku po ogórkach. Drugi najlepszy zrobiłam sama, w Krakowie, w listopadzie.
Czy da się go zrobić w Polsce
Da się, i to jest właściwie cały sens tego bloga. Nie potrzebujesz dalmatyńskiego słońca ani babci z Brača — potrzebujesz dobrych cytryn, zimnej wody i tego, żeby przestać się bać kwaśnego smaku. Większość ludzi dosładza lemonish o jakieś trzydzieści procent za bardzo, bo tak nas nauczyły napoje ze sklepu.
Przepis bazowy opisałam osobno, razem z proporcjami, które po dwóch latach prób uważam za skończone. Zaczyna się od czterech składników i kończy się na tym, że w lipcu robisz go codziennie.
Jeśli trafiłeś tu przypadkiem i nie wiesz, od czego zacząć — zacznij od szklanki. Reszta się ułoży.